Hej
Znowu zawiodłam Was, siebie i Ane. Miała być SGD od zeszłego poniedziałku ale oczywiście grubasek nie potrafi nie jeść i się nawpierdalał. O nie, nie, nie. Teraz z tym koniec. Nie będę się wiecznie opierdalać. Chce być chuda muszę cierpieć. Przez cały tydzień od wyjazdu do Gdańska żarłam ile wlezie. Nie potrafiłam się podnieść a pisałam ostatnio ze już nie upadnę ale to zrobiłam i to z hukiem.
Poniedziałek mnie zmotywował zaczynam wszystko od nowa, znowu. Chce być idealna. Mam czas do wesela siostry, czyli do 20 sierpnia zostało 299 dni. Do tego czasu chce się zmieścić w rozmiar co najmniej M (aktualnie noszę XL). Przez ten tydzień przytyłam pól kilograma. Startuję z wagą 101,5. Wiem mam masakryczną nadwagę, nienawidzę tego to jest mój chyba jedyny (no może nie jedyny bo mam ich sporo) i największy kompleks. W lipcu podczas początków z Aną zważyłam się i waga wskazywała 110 kg więc chyba nie jest tak źle ale ani też dobrze. Chce wszystkim udowodnić, że potrafię, że chcieć to móc. Będę idealnie wyglądać w sukience a nie jak baleron owinięty w ładny materiał. Chce by wszystko na mnie wisiało, nic nie opinało mojego ciała. Chce mieć szparę pomiędzy udami, wystające obojczyki, czuć kości pod skórą. Chce się wydostać spod tego tłuszczu.
Ostatnio staram się by moje posty były dla Was i dla mnie motywacją, by zawierały to dlaczego się głodujemy po co to wszystko, by przypomnieć nam o co tak naprawdę tu chodzi po co to wszystko.
Dziękuję Wam też za Wasze komentarze dają mi naprawdę dużo motywacji oraz poczucie ze nie jestem w tym sama.
Co do bilansu to nie podam Wam go bo po prostu jeszcze nic nie zjadłam a jest 12 jakoś nie mam ochoty.
Trzymajcie się chudzinki :*












